Polacy nie zawsze wiedzą, co dobre, a co złe. Niekoniecznie muszą przecież posiadać ten dar, który „załatwiony” został ludzkości przez najstarsze (a więc te pierwsze) człekokształtne istoty, które pojawiły się na Ziemi, czyli przez Adama i Ewę.
Czasem jednak wydaje się, że są w naszym narodzie wybrańcy, którzy z rzeczonego daru korzystają aż zanadto. Niezwykle widoczne jest to na przykładzie najnowszej historii polskiej piłki nożnej.
Jest sam początek XXI wieku, polska reprezentacja walczy po raz kolejny o udział w mundialu. Wydaje się, że po raz kolejny bezskutecznie. Oto jednak przychodzi moment, kiedy naród polski, w którym ponoć roi się od rasistów, traci głowę dla polskiego Nigeryjczyka. A traci ją właśnie dlatego, że to właśnie Olisadebe, a nie kto inny – żaden Kryszałowicz, Juskowiak czy, pożal się Boże, Kowalczyk – właśnie on ten udział nam zapewnia. I robi to ot, tak sobie, w sposób lekki, rzec by można: naturalny. Wychodzi po prostu na boisko i robi to, co do niego należy. Tego polscy kibice polskiej piłki nożnej nie widzieli od dawna. Emsi jest bogiem.
Mija kilka lat. Oli starzeje się w dalekich Chinach, a w Polsce... pojawia się nowy zbawca. Rodżer Perejro. Nie jest już tak różowo – coraz mniej kibiców łudzi się, że ktokolwiek może pomóc Polakom w osiągnięciu czegoś więcej niż tylko fazy grupowej jednego czy drugiego mundialu czy Euro. Magia „obcych”, o dziwo, nadal jednak działa – Rodżer zdobywa jedyną bramkę na arcyważnym (i jednocześnie dla Polaków arcyprzegranym) turnieju. Potem jest już mniej różowo i kibice coraz częściej jeżdżą po Rodżerze jak po łysej kobyle. Tylko patrzeć, jak najdalej za parę lat wyląduje on w trzeciej lidze chińskiej, czyli mniej więcej tam, gdzie jego – jeśli można tak powiedzieć – poprzednik.
W końcu przychodzi taki dzień, jak dzisiaj. Kolejny mesjasz ląduje na polskiej ziemi, by dać polskiemu narodowi iskierkę nadziei na to, że znowu odniesiemy Wielki Sukces, jakim niewątpliwie będzie awans do kolejnych już (cóż, że znowu przegranych) mistrzostw. Niepozorny chłopczyk strzela dwa gole niedawnym mistrzom Europy i już jutro rano prasa będzie się rozpływać nad kolejnym naturalizowanym Polakiem. Już widzę te tytuły: „Obrany na króla”, „Grecki oberek Obraniaka”...
Gdzie tu jednak, w tym wszystkim, sprawa rozróżniania dobra od zła? Otóż Polacy tak naprawdę nie muszą tego daru posiadać. Dla Polaków dobro jest wtedy, kiedy świeżo upieczony Polak strzela gole dla reprezentacji; zło – wtedy, gdy ten sam Polak knoci akcję za akcją, kiedy gubi w co drugiej akcji piłkę i potyka się o własne giry. Ulubieniec prezydenta jest dobry wtedy, kiedy prezydent publicznie przekręca jego nazwisko – wtedy wszyscy mu współczują (Rodżerowi, nie prezydentowi), przy okazji oklaskując dobrą grę. Ten sam pupil jest z kolei w oczach narodu zły wtedy, kiedy kończy mu się forma i siedzi na ławce już nawet nie w reprezentacji, ale i w zawsze słabej Legii. Zewsząd wtedy słychać bluzgi i dźwięki imitujące odgłosy małpy.
Mądre polskie przysłowie mówi, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ – i zgodnie z tą starą prawdą polscy piłkarze urodzeni w Nigerii, Brazylii czy Francji powinni przekonywać do siebie tych właśnie kibiców, powinni zjednywać sobie ich serca nie tylko grą. By być kochanym, by być po stronie dobra, muszą... stać się Polakami – nie tylko na papierze. Nagroda może być wielka; oto Rodżer wejdzie dziś wieczorem na forum internetowe i poczuje się dumny, łza zakręci mu się w oku, gdy przeczyta: „Brawo, Roger! Jesteś prawdziwym Polakiem!”. I nie szkodzi, że autor tych słów nie omieszkał od razu uzasadnić swojej euforii: „Słyszeliście? W drugiej połowie Roger krzyknął spontanicznie, po polsku: KURWA MAĆ! Brawoooo, Rogeeeer!”.
2009-08-12
Subskrybuj:
Posty (Atom)