2009-08-12
Dobry Polak, zły Polak
Czasem jednak wydaje się, że są w naszym narodzie wybrańcy, którzy z rzeczonego daru korzystają aż zanadto. Niezwykle widoczne jest to na przykładzie najnowszej historii polskiej piłki nożnej.
Jest sam początek XXI wieku, polska reprezentacja walczy po raz kolejny o udział w mundialu. Wydaje się, że po raz kolejny bezskutecznie. Oto jednak przychodzi moment, kiedy naród polski, w którym ponoć roi się od rasistów, traci głowę dla polskiego Nigeryjczyka. A traci ją właśnie dlatego, że to właśnie Olisadebe, a nie kto inny – żaden Kryszałowicz, Juskowiak czy, pożal się Boże, Kowalczyk – właśnie on ten udział nam zapewnia. I robi to ot, tak sobie, w sposób lekki, rzec by można: naturalny. Wychodzi po prostu na boisko i robi to, co do niego należy. Tego polscy kibice polskiej piłki nożnej nie widzieli od dawna. Emsi jest bogiem.
Mija kilka lat. Oli starzeje się w dalekich Chinach, a w Polsce... pojawia się nowy zbawca. Rodżer Perejro. Nie jest już tak różowo – coraz mniej kibiców łudzi się, że ktokolwiek może pomóc Polakom w osiągnięciu czegoś więcej niż tylko fazy grupowej jednego czy drugiego mundialu czy Euro. Magia „obcych”, o dziwo, nadal jednak działa – Rodżer zdobywa jedyną bramkę na arcyważnym (i jednocześnie dla Polaków arcyprzegranym) turnieju. Potem jest już mniej różowo i kibice coraz częściej jeżdżą po Rodżerze jak po łysej kobyle. Tylko patrzeć, jak najdalej za parę lat wyląduje on w trzeciej lidze chińskiej, czyli mniej więcej tam, gdzie jego – jeśli można tak powiedzieć – poprzednik.
W końcu przychodzi taki dzień, jak dzisiaj. Kolejny mesjasz ląduje na polskiej ziemi, by dać polskiemu narodowi iskierkę nadziei na to, że znowu odniesiemy Wielki Sukces, jakim niewątpliwie będzie awans do kolejnych już (cóż, że znowu przegranych) mistrzostw. Niepozorny chłopczyk strzela dwa gole niedawnym mistrzom Europy i już jutro rano prasa będzie się rozpływać nad kolejnym naturalizowanym Polakiem. Już widzę te tytuły: „Obrany na króla”, „Grecki oberek Obraniaka”...
Gdzie tu jednak, w tym wszystkim, sprawa rozróżniania dobra od zła? Otóż Polacy tak naprawdę nie muszą tego daru posiadać. Dla Polaków dobro jest wtedy, kiedy świeżo upieczony Polak strzela gole dla reprezentacji; zło – wtedy, gdy ten sam Polak knoci akcję za akcją, kiedy gubi w co drugiej akcji piłkę i potyka się o własne giry. Ulubieniec prezydenta jest dobry wtedy, kiedy prezydent publicznie przekręca jego nazwisko – wtedy wszyscy mu współczują (Rodżerowi, nie prezydentowi), przy okazji oklaskując dobrą grę. Ten sam pupil jest z kolei w oczach narodu zły wtedy, kiedy kończy mu się forma i siedzi na ławce już nawet nie w reprezentacji, ale i w zawsze słabej Legii. Zewsząd wtedy słychać bluzgi i dźwięki imitujące odgłosy małpy.
Mądre polskie przysłowie mówi, że łaska kibica na pstrym koniu jeździ – i zgodnie z tą starą prawdą polscy piłkarze urodzeni w Nigerii, Brazylii czy Francji powinni przekonywać do siebie tych właśnie kibiców, powinni zjednywać sobie ich serca nie tylko grą. By być kochanym, by być po stronie dobra, muszą... stać się Polakami – nie tylko na papierze. Nagroda może być wielka; oto Rodżer wejdzie dziś wieczorem na forum internetowe i poczuje się dumny, łza zakręci mu się w oku, gdy przeczyta: „Brawo, Roger! Jesteś prawdziwym Polakiem!”. I nie szkodzi, że autor tych słów nie omieszkał od razu uzasadnić swojej euforii: „Słyszeliście? W drugiej połowie Roger krzyknął spontanicznie, po polsku: KURWA MAĆ! Brawoooo, Rogeeeer!”.
2009-06-22
(a Ty w kącie jak ta pała)
Nie będę zresztą z Tobą o tym dyskutował, bo dyskusji mam ostatnio po dziurki w nosie, i gdyby nie to, że ratując się przed nimi, a raczej przed zabrnięciem w dyskusje z gatunku tych niepotrzebnych, staję prawie że na palcach (a czasem na odwrót: na rzęsach), dawno już miałbym je głęboko właśnie tam (hmm... może jest to jakiś sposób?). Utopiłbym się nimi jak wodą, tak normalnie.
Do gardła skoczyły mi dyskusje już dawno, a mało brakuje, żeby doszły teraz wyżej i przesłoniły mi pole widzenia. Dlatego właśnie stoję na palcach, żeby nie doszły, dlatego właśnie nadal mam ich tylko i aż po dziurki w nosie i dlatego prawie już (czasami) mam je w nosie. I będę tak stał dalej, póki co. Bez dyskusji.
I żeby była jasność: nie o pogodę tutaj chodzi. Ty już dobrze wiesz, o co. Choć może znowu Cię przeceniam.
To jest mój prywatny bunt przeciwko nieumiejętności dyskutowania. A jeśli nie wiesz jeszcze, o czym mówię, to trudno - widocznie, poza brakiem umiejętności dyskusji, nie potrafisz też czytać rozumnie tego, co piszę.
Jestem bezsilny wobec Twojej nieumiejętności i nierozumności.
Zapas grochu mi się skończył, a ściana stoi jak stała.
2009-06-15
O bezzmienności i łamaniu słowo
- Jeszcze niedawno łamaliśmy się opłatkiem, a tu lato tuż-tuż - powiedzialby (tak myślę) spostrzegawczy (nie ma co!) i sentymentalny niepoeta.
- Kurwa, ale ten czas zapierdala - powiedziałby po prostu ktoś; na pewno niepoeta.
No właśnie. A kiedy czas tak mija, tak przemyka niepostrzeżenie i tak przepływa ciurkiem przez paluchy, to co staje się nieuniknione? Tak, właśnie: powrót na bloga. Chociażby po to, by wyrzucić z siebie tę mało oryginalną i wcale błahą wręcz myśl. (Hmm... czy na pewno wyrzucić?).
Okno w pokoju zasłonięte, więc nie widzę, co TAM się dzieje. Nie oznacza to jednak, że nie wiem. Poza tym, że zasłonięte, jest też otwarte ("na uchylnie", jak to się mawiało przed którąś tam na pewno wojną), więc słyszę, że pada TAM deszcz.
Jak to dobrze być TU.
2009-02-08
Przed zażyciem skonsultuj się...
Używając popularnego komunikatora Gadu-Gadu, napisał dziś do mnie niejaki Nieznajomy. Nie mam włączonej funkcji „Nie pokazuj wiadomości od nieznajomych”, bo wierzę, że kiedyś zechce do mnie napisać ktoś, komu ja zechcę odpisać. Dziś tak się nie stało, choć w pierwszym momencie przeszedł mnie dreszczyk zaciekawienia (o ile taki dreszczyk w naturze występuje).
Szanowni Państwo,
Jestem niezależnym Doradcą Finansowym, chciałabym uzyskać Państwa zgodę na przesłanie dla Państwa Oferty (informacji handlowej) na kredyt mieszkaniowy i/lub pożyczkę gotówkową.
Jeśli wyrażacie Państwo zgodę - uprzejmie proszę przesłać e-mail na adres: kredytnabank@gmail.com o treści „wyrażam zgodę na kontakt” podając w treści nr telefonu na który zadzwoni nasz Konsultant.
Pozdrawiam,
(imię i nazwisko pod ochroną – przyp. centrefold)
Teraz mogę już zdradzić... Nienawidzę tego typu „wiadomości”.
Wzburzyłem się. Poniosło mnie. Odpisałem.
Szanowna Pani,
Jestem niezależnym użytkownikiem komunikatora Gadu-Gadu, korzystającym z niego być może za często, ale jednocześnie potrafiącym docenić możliwości, jakie daje nam zarówno komunikator rzeczony, jak i jemu podobne.
Komunikator Gadu-Gadu, obok wielu zalet, ma również - jak się okazuje - pewne wady. Jedną z nich niewątpliwie jest fakt, że praktycznie każdy człowiek może „odszukać” drugiego człowieka używającego komunikatora Gadu-Gadu, a po odszukaniu - napisać do niego. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ten drugi człowiek nie zawsze tego chce...
Wierzę, że istnieją inne sposoby na zareklamowanie się tak w Internecie, jak i w innych mediach; niekoniecznie musi temu służyć komunikator Gadu-Gadu, tak samo jak niekoniecznie tak zwani telemarketerzy muszą wydzwaniać po domach całej Polski, proponując różne dziwne usługi różnych dziwnych firm czy zapraszając mieszkańców całej Polski na pokazy leczniczej pościeli i superwytrzymałych garnków.
Przypuszczam, że jeśli ktoś nagle zapragnie wygrzać się pod leczniczą pościelą, najeść się z superwytrzymałych garnków czy też zadłużyć się w banku, który mu Pani poleci, z pewnością znajdzie sposób, żeby do tego doprowadzić. A kiedy ten sam ktoś w niedzielę siada wygodnie przed komputerem i uruchamia między innymi komunikator Gadu-Gadu, niekoniecznie musi znajdywać tam wiadomości o kolejnej „nowo powstałej, zajefajnej stronie”, zapytania o „pozwolenie na przesłanie oferty” lub prośby o „skontaktowanie się z konsultantem”.
Tym samym dziękuję Pani za zainteresowanie się moją osobą; być może w innych okolicznościach czułbym się wyróżniony. Odpowiadam Pani tutaj, w okienku komunikatora Gadu-Gadu, a mój komunikat jest - mam nadzieję - prosty i czytelny: „Nie wyrażam zgody na kontakt”.
Pozdrawiam,
***, lat *** (pozwoli Pani, że ujawnię tylko te dane, do których ma dostęp każdy użytkownik komunikatora Gadu-Gadu)
PS. Zjadło Pani literkę „a” w wyrazie „wyrażacie”.
Pani nie odpisała.
Komentarza i puenty brak.
Niech puentą będzie cały ten post.
2009-02-03
Gott ist tot
Wyobrażam sobie własne dzieci, których jeszcze nie mam, jak bawią się na podwórku z innymi dziećmi, które jeszcze się nie narodziły - prawdopodobnie z dziećmi moich przyszłych znajomych, których jeszcze nie znam, z dziećmi sąsiadów, których jeszcze nie mam - wyobrażam więc sobie, jak moje dzieci z tamtymi dziećmi bawią się w wojnę.
Patrzę na nich to z dumą (kiedy akurat biorą do niewoli jeńców), to z przerażeniem (kiedy zostają zaatakowane od tyłu przez wroga), a z każdą wystrzeloną kulą moje serce drży coraz bardziej, z każdym odgłosem ciała upadającego na ziemię moje serce nie tyle już podskakuje do gardła, co daje się czuć (czuję jego szybkie bicie) między podniebieniem a językiem. Schowany za firanką, wiem, że nie mogę nic zrobić, że w swojej bezradności mogę tylko bezskutecznie próbować uspokoić to własne niespokojne serce. A one śmieją się, wbijając bagnet w kolejną pierś kolejnego wroga.
Modlę się, żeby któregoś dnia nie zobaczyć wśród ich wrogów siebie. Modlę się, żeby nie być ani ich jeńcem, ani zakradającym się od tyłu wrogiem. Modlę się, choć nie bardzo wiem, do kogo, skoro Bóg w czasie wojny nie istnieje; skoro Bóg dawno już umarł.
Wiem; kiedy już zostanę ojcem, będę pewnie śmiał się z tych myśli.
Teraz spaceruję dalej.
2009-02-01
A świszcz wciąż siedzi...
Zastanawia mnie tylko jedno. Bill Murray budzi się w tym filmie codziennie rano, stwierdzając, że to ten sam ranek, co wczoraj. A ten wczorajszy też był tym samym. Mógłbym więc dość naiwnie i banalnie zapytać: dlaczego nie nakręcono jeszcze filmu o mnie?
Jest jedna scena, którą pamiętam lepiej niż inne. Murray siedzi w barze z dwoma tambylcami (modne słowo) i cała trójka przy piwie roztrząsa niezwykle ważne problemy egzystencjalne (!). Pierwszy z pijaczków mówi do Murray'a, patrząc w swój kufel:
- Jedni powiedzieliby, że ta szklanka jest w połowie pełna, inni, że w połowie pusta. Ty chyba należysz do tych drugich...
Murray chwyta i ciągnie wątek, próbując się usprawiedliwić:
- Co byście zrobili, gdyby każdy wasz dzień wyglądał kropka w kropkę tak samo?
- Yy... moje dni tak właśnie wyglądają - odpowiada drugi z pijaczków.
I pod jego słowami wielu mogłoby się podpisać. Ja pewnie też.
Czasami chciałbym tak, jak główny bohater filmu: zrobić któregoś dnia coś, co kiedyś (może zawsze?) zrobić chciałem, ale „nie wypadało”; powiedzieć komuś coś, czego nigdy nie powiedziałem, bo „jak tak można”; w końcu poczuć się tak, jak jeszcze nigdy nie poczułem, bo „naturalny ludzki wstyd” nie pozwalał. Czasami bym właśnie tak chciał, a jak już mija mi ta chęć, znowu nastawiam sobie budzik na przysłowiową 6.00, żeby znowu rano wrócić do swojego małego prywatnego kieraciku. I dochodzę do wniosku, że może każdemu taki mały prywatny kieracik jest potrzebny...
Ktoś pewnie powie, że piszę tak, żeby się odrobinę usprawiedliwić.
A ja się pytam: dlaczego tłumacz w polskiej wersji nazwał kufel szklanką?
2009-01-31
Do przerwy 0:1
Ale ja już dzisiaj nie piję.
2009-01-30
Wszystkie Rysie to fajne...
Wniosek? Pan Rysiu nie lubi ani czekolady, ani wina.
Refleksja? Ludzie poszaleli. Ani się nie obejrzymy, a w sądzie pojawią się:
1) pozwy o prawie-gwałt, składane przez kobiety, którym nie udało się zaciągnąć do łóżka przystojniaka poznanego na dyskotece (bo np. po grze wstępnej okazało się, że nic z tego, ponieważ przystojniak nie bardzo może - o, zgrozo!);
2) pozwy o prawie-zniesławienie, składane przez ludzi pokroju pana Rysia, którzy mają za złe całej swojej rodzinie, że np. u cioci na imieninach wszyscy z tej rodziny, bez wyjątku - nawet stryjek Zdzisiu - raczyli parsknąć śmiechem po czyimś żarcie na temat ich łysiny;
3) pozwy o prawie-kazirodztwo, składane przez zazdrosnych mężów, których żony witają się i żegnają z rodzeństwem i rodzicami czułym buziaczkiem...
...etc.
Cóż. Prawie-potrąconemu panu Rysiowi należy życzyć dużo zdrowia i mniej problemów na głowie. A może włosów więcej...
2008-11-26
Czarną ma skórę ten nasz koleżka
Dziś w „największej i najważniejszej gazecie w kraju” można było poczytać sobie, jacy to niedobrzy ludzie mieszkają we Wrześni. Jakie to złe redaktory niebezpiecznie starają się wpływać na opinię lokalnego społeczeństwa. Jakie to wszystko, czego się dopuścili, obrzydliwe i ociekające rasizmem. „Czystym” (!) rasizmem, jak raczył zauważyć redaktor naczelny pewnego kwartalnika, dopatrujący się ponoć w każdym przejawie dobrych chęci (ze strony dobrych przecież ludzi) ogólnokrajowego lub nawet międzynarodowego spisku organizacji pokrewnych KKK.
Ciemnota ludzka w tym przypadku polega między innymi na tym, że w poszukiwaniu nadrzędnej prawdy często traci się zdolność postrzegania prawd mniejszych, o wiele bardziej bliskich prostemu człowiekowi. Ciemnota taka sprawia, że ktoś, kto chce poruszyć ważny temat i skłonić bliżej nieokreślony ogół do (na ten ważny temat) dyskusji, musi liczyć się z ogólnie powszechnym - najdelikatniej rzecz ujmując - niezrozumieniem. Tam, niezrozumieniem. Pal licho niezrozumienie. Musi się liczyć z atakami na własną osobę - za to, że śmiał podnieść tak bardzo drażliwy temat, o którym przecież cicho sza! - bo jak tak można... w cywilizowanym kraju na takie tematy rozmawiać.
Idąc tropem wspomnianego pana redaktora wspomnianego kwartalnika, samo poruszanie takich tematów i zwracanie uwagi na (no właśnie, istniejący czy nie?) problem zasługuje na miano terroryzmu. Przecież o takich sprawach, jak rasa i kolor skóry, modlenie się do innego boga czy sypianie z ludźmi mającymi to samo w majtkach - już dawno się nie mówi! Przecież oczywiste jest, że dzisiaj każdy taki "inny" (pan wybaczy, panie redaktorze) może biegać po polskich (w tym wrzesińskich) ulicach i manifestować swoją "inność" (no przepraszam, teraz naprawdę mi się wymknęło). Powtarzam: o takich rzeczach w dzisiejszej Polsce s i ę n i e m ó w i. A jak ktoś mówi, to jest sto lat za Murzynami.
2008-11-25
Śliniak wieczorową porą
Pewnie dlatego często miesza mi się wszystko, lekko w głowie się przestawia i kładę się takim wieczorem, po obiedzie, około 17.00 - na początku nie po to, by zasnąć, tylko po to, by poczytać książkę, posłuchać trochę muzyki czy obejrzeć film. Ale właśnie taką porą roku to się nie udaje. Nie doczytam porządnie pierwszej strony, nie dobiegnie porządnie końca pierwszy utwór, nie wybrzmi porządnie filmowa czołówka - a mnie już nie ma. Mogę sobie wtedy jedynie wszystko dośnić. Co tylko mi się chce: 1) co wydarzy się na drugiej stronie, 2) o czym będzie kolejny utwór, 3) kto gra role drugoplanowe i dalsze... Tylko że z tego wychodzi zupełnie inna książka innego autora, inna płyta innego wykonawcy, inny film innego reżysera.
Pocieszam się jednak i brnę dalej w zabawę z własnym snem. Co moje, to moje - myślę pewnie, choć kto mnie tam wie. Budzę się i stwierdzam, że dawno już tak nie ośliniłem poduszki; noo, musiało mi się śnić, że ho, ho!
Żądam, żeby wieczory przez cały rok zaczynały się o 21.00. Nie tylko w lipcu.
2008-11-24
Palec pod budkę
Ludzie często szukają miejsca, w którym mogliby znaleźć ujście dla swoich rozważań. Rozważać nad jakimś problemem mogą ludzie z jednej strony zupełnie świadomie, ale z drugiej - świadomie-nie-do-końca. Czasem ma się na jakiś temat zdanie lub przynajmniej myśli się, że się je ma, a czasem bardzo chciałoby się je mieć, ale nie zawsze wiadomo, jakie to zdanie miałoby być lub, co gorsza - jeśli jest - jakie jest. Bardzo ważne jest więc to, żeby w porę swoje myśli zwerbalizować lub zmaterializować.
Wypowiedziane lub zapisane stają się ważne. Dopiero i tylko wtedy.
Ludzie szukają wciąż nowych sposobów na wyrażanie swoich myśli, nowych miejsc dla wygłaszania własnego zdania. Nawet jeśli, szukając, błądzą, krzepi ich nadzieja, że te ich myśli i zdania na coś się zdadzą. Nawet jeśli tylko na to, by ktoś je zapomniał; w końcu, by zapomnieć, ktoś najpierw musi je zapamiętać.
Ten przydługawy i dla wielu, być może, nudny wstęp jest tak naprawdę tylko próbą usprawiedliwienia się przed samym sobą, przed własnymi obawami związanymi z rozpoczęciem bloga. Czy słusznymi - się okaże. Jeśli ktoś dotarł do tego miejsca i czyta dalej... jest nadzieja. Jeśli nie... [...].