2009-02-08

Przed zażyciem skonsultuj się...

Dziś okazało się, że przygody wcale nie trzeba szukać. Wystarczy włączyć komputer, a ona sama nas znajdzie.
Używając popularnego komunikatora Gadu-Gadu, napisał dziś do mnie niejaki Nieznajomy. Nie mam włączonej funkcji „Nie pokazuj wiadomości od nieznajomych”, bo wierzę, że kiedyś zechce do mnie napisać ktoś, komu ja zechcę odpisać. Dziś tak się nie stało, choć w pierwszym momencie przeszedł mnie dreszczyk zaciekawienia (o ile taki dreszczyk w naturze występuje).

Szanowni Państwo,
Jestem niezależnym Doradcą Finansowym, chciałabym uzyskać Państwa zgodę na przesłanie dla Państwa Oferty (informacji handlowej) na kredyt mieszkaniowy i/lub pożyczkę gotówkową.
Jeśli wyrażacie Państwo zgodę - uprzejmie proszę przesłać e-mail na adres: kredytnabank@gmail.com o treści „wyrażam zgodę na kontakt” podając w treści nr telefonu na który zadzwoni nasz Konsultant.
Pozdrawiam,
(imię i nazwisko pod ochroną – przyp. centrefold)

Teraz mogę już zdradzić... Nienawidzę tego typu „wiadomości”.
Wzburzyłem się. Poniosło mnie. Odpisałem.

Szanowna Pani,
Jestem niezależnym użytkownikiem komunikatora Gadu-Gadu, korzystającym z niego być może za często, ale jednocześnie potrafiącym docenić możliwości, jakie daje nam zarówno komunikator rzeczony, jak i jemu podobne.
Komunikator Gadu-Gadu, obok wielu zalet, ma również - jak się okazuje - pewne wady. Jedną z nich niewątpliwie jest fakt, że praktycznie każdy człowiek może „odszukać” drugiego człowieka używającego komunikatora Gadu-Gadu, a po odszukaniu - napisać do niego. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że ten drugi człowiek nie zawsze tego chce...
Wierzę, że istnieją inne sposoby na zareklamowanie się tak w Internecie, jak i w innych mediach; niekoniecznie musi temu służyć komunikator Gadu-Gadu, tak samo jak niekoniecznie tak zwani telemarketerzy muszą wydzwaniać po domach całej Polski, proponując różne dziwne usługi różnych dziwnych firm czy zapraszając mieszkańców całej Polski na pokazy leczniczej pościeli i superwytrzymałych garnków.
Przypuszczam, że jeśli ktoś nagle zapragnie wygrzać się pod leczniczą pościelą, najeść się z superwytrzymałych garnków czy też zadłużyć się w banku, który mu Pani poleci, z pewnością znajdzie sposób, żeby do tego doprowadzić. A kiedy ten sam ktoś w niedzielę siada wygodnie przed komputerem i uruchamia między innymi komunikator Gadu-Gadu, niekoniecznie musi znajdywać tam wiadomości o kolejnej „nowo powstałej, zajefajnej stronie”, zapytania o „pozwolenie na przesłanie oferty” lub prośby o „skontaktowanie się z konsultantem”.
Tym samym dziękuję Pani za zainteresowanie się moją osobą; być może w innych okolicznościach czułbym się wyróżniony. Odpowiadam Pani tutaj, w okienku komunikatora Gadu-Gadu, a mój komunikat jest - mam nadzieję - prosty i czytelny: „Nie wyrażam zgody na kontakt”.
Pozdrawiam,
***, lat *** (pozwoli Pani, że ujawnię tylko te dane, do których ma dostęp każdy użytkownik komunikatora Gadu-Gadu)
PS. Zjadło Pani literkę „a” w wyrazie „wyrażacie”.

Pani nie odpisała.
Komentarza i puenty brak.
Niech puentą będzie cały ten post.

2009-02-03

Gott ist tot

Spaceruję w myślach zaułkami swojego miasta. Spaceruję wieczorem, niezbyt jeszcze późnym. Przechadzam się wzdłuż torów niedaleko osiedla Sokołowskiego, mijam ciemne bramy Fabrycznej i Warszawskiej, kroczę po starym, nieistniejącym już bruku przy dzisiejszej Koszarowej.

Wyobrażam sobie własne dzieci, których jeszcze nie mam, jak bawią się na podwórku z innymi dziećmi, które jeszcze się nie narodziły - prawdopodobnie z dziećmi moich przyszłych znajomych, których jeszcze nie znam, z dziećmi sąsiadów, których jeszcze nie mam - wyobrażam więc sobie, jak moje dzieci z tamtymi dziećmi bawią się w wojnę.
Patrzę na nich to z dumą (kiedy akurat biorą do niewoli jeńców), to z przerażeniem (kiedy zostają zaatakowane od tyłu przez wroga), a z każdą wystrzeloną kulą moje serce drży coraz bardziej, z każdym odgłosem ciała upadającego na ziemię moje serce nie tyle już podskakuje do gardła, co daje się czuć (czuję jego szybkie bicie) między podniebieniem a językiem. Schowany za firanką, wiem, że nie mogę nic zrobić, że w swojej bezradności mogę tylko bezskutecznie próbować uspokoić to własne niespokojne serce. A one śmieją się, wbijając bagnet w kolejną pierś kolejnego wroga.

Modlę się, żeby któregoś dnia nie zobaczyć wśród ich wrogów siebie. Modlę się, żeby nie być ani ich jeńcem, ani zakradającym się od tyłu wrogiem. Modlę się, choć nie bardzo wiem, do kogo, skoro Bóg w czasie wojny nie istnieje; skoro Bóg dawno już umarł.

Wiem; kiedy już zostanę ojcem, będę pewnie śmiał się z tych myśli.
Teraz spaceruję dalej.

2009-02-01

A świszcz wciąż siedzi...

Co roku w okolicach 2 lutego można być pewnym, że któraś z telewizji pokaże po raz kolejny film „Dzień świstaka”. O ile jednak w polskiej telewizji - czy to w publicznej, czy w prywatnych - drażni mnie pojawiający się co Gwiazdkę „Kevin sam gdzieś tam”, o tyle „Świstaka” mogę oglądać (nomen omen) bez końca. I za każdym razem widzę w nim coś, co wcześniej jakoś mi umknęło.

Zastanawia mnie tylko jedno. Bill Murray budzi się w tym filmie codziennie rano, stwierdzając, że to ten sam ranek, co wczoraj. A ten wczorajszy też był tym samym. Mógłbym więc dość naiwnie i banalnie zapytać: dlaczego nie nakręcono jeszcze filmu o mnie?

Jest jedna scena, którą pamiętam lepiej niż inne. Murray siedzi w barze z dwoma tambylcami (modne słowo) i cała trójka przy piwie roztrząsa niezwykle ważne problemy egzystencjalne (!). Pierwszy z pijaczków mówi do Murray'a, patrząc w swój kufel:
- Jedni powiedzieliby, że ta szklanka jest w połowie pełna, inni, że w połowie pusta. Ty chyba należysz do tych drugich...
Murray chwyta i ciągnie wątek, próbując się usprawiedliwić:
- Co byście zrobili, gdyby każdy wasz dzień wyglądał kropka w kropkę tak samo?
- Yy... moje dni tak właśnie wyglądają - odpowiada drugi z pijaczków.

I pod jego słowami wielu mogłoby się podpisać. Ja pewnie też.

Czasami chciałbym tak, jak główny bohater filmu: zrobić któregoś dnia coś, co kiedyś (może zawsze?) zrobić chciałem, ale „nie wypadało”; powiedzieć komuś coś, czego nigdy nie powiedziałem, bo „jak tak można”; w końcu poczuć się tak, jak jeszcze nigdy nie poczułem, bo „naturalny ludzki wstyd” nie pozwalał. Czasami bym właśnie tak chciał, a jak już mija mi ta chęć, znowu nastawiam sobie budzik na przysłowiową 6.00, żeby znowu rano wrócić do swojego małego prywatnego kieraciku. I dochodzę do wniosku, że może każdemu taki mały prywatny kieracik jest potrzebny...

Ktoś pewnie powie, że piszę tak, żeby się odrobinę usprawiedliwić.
A ja się pytam: dlaczego tłumacz w polskiej wersji nazwał kufel szklanką?