2008-11-26

Czarną ma skórę ten nasz koleżka

Ciemno robi mi się przed oczami, kiedy pomyślę o ciemnocie pewnych osób.
Dziś w „największej i najważniejszej gazecie w kraju” można było poczytać sobie, jacy to niedobrzy ludzie mieszkają we Wrześni. Jakie to złe redaktory niebezpiecznie starają się wpływać na opinię lokalnego społeczeństwa. Jakie to wszystko, czego się dopuścili, obrzydliwe i ociekające rasizmem. „Czystym” (!) rasizmem, jak raczył zauważyć redaktor naczelny pewnego kwartalnika, dopatrujący się ponoć w każdym przejawie dobrych chęci (ze strony dobrych przecież ludzi) ogólnokrajowego lub nawet międzynarodowego spisku organizacji pokrewnych KKK.

Ciemnota ludzka w tym przypadku polega między innymi na tym, że w poszukiwaniu nadrzędnej prawdy często traci się zdolność postrzegania prawd mniejszych, o wiele bardziej bliskich prostemu człowiekowi. Ciemnota taka sprawia, że ktoś, kto chce poruszyć ważny temat i skłonić bliżej nieokreślony ogół do (na ten ważny temat) dyskusji, musi liczyć się z ogólnie powszechnym - najdelikatniej rzecz ujmując - niezrozumieniem. Tam, niezrozumieniem. Pal licho niezrozumienie. Musi się liczyć z atakami na własną osobę - za to, że śmiał podnieść tak bardzo drażliwy temat, o którym przecież cicho sza! - bo jak tak można... w cywilizowanym kraju na takie tematy rozmawiać.

Idąc tropem wspomnianego pana redaktora wspomnianego kwartalnika, samo poruszanie takich tematów i zwracanie uwagi na (no właśnie, istniejący czy nie?) problem zasługuje na miano terroryzmu. Przecież o takich sprawach, jak rasa i kolor skóry, modlenie się do innego boga czy sypianie z ludźmi mającymi to samo w majtkach - już dawno się nie mówi! Przecież oczywiste jest, że dzisiaj każdy taki "inny" (pan wybaczy, panie redaktorze) może biegać po polskich (w tym wrzesińskich) ulicach i manifestować swoją "inność" (no przepraszam, teraz naprawdę mi się wymknęło). Powtarzam: o takich rzeczach w dzisiejszej Polsce s i ę n i e m ó w i. A jak ktoś mówi, to jest sto lat za Murzynami.

2008-11-25

Śliniak wieczorową porą

Pora jest przygnębiająca. I nie o porę dnia chodzi, choć wieczór zaczął się dzisiaj już o 16.00 i to też może przygnębiać. Pora roku (ni to późna jesień, ni wczesna zima), której jednym z objawów jest to, że - wiem, uparłem się - wieczory zaczynają się na przykład o 16.00.
Pewnie dlatego często miesza mi się wszystko, lekko w głowie się przestawia i kładę się takim wieczorem, po obiedzie, około 17.00 - na początku nie po to, by zasnąć, tylko po to, by poczytać książkę, posłuchać trochę muzyki czy obejrzeć film. Ale właśnie taką porą roku to się nie udaje. Nie doczytam porządnie pierwszej strony, nie dobiegnie porządnie końca pierwszy utwór, nie wybrzmi porządnie filmowa czołówka - a mnie już nie ma. Mogę sobie wtedy jedynie wszystko dośnić. Co tylko mi się chce: 1) co wydarzy się na drugiej stronie, 2) o czym będzie kolejny utwór, 3) kto gra role drugoplanowe i dalsze... Tylko że z tego wychodzi zupełnie inna książka innego autora, inna płyta innego wykonawcy, inny film innego reżysera.
Pocieszam się jednak i brnę dalej w zabawę z własnym snem. Co moje, to moje - myślę pewnie, choć kto mnie tam wie. Budzę się i stwierdzam, że dawno już tak nie ośliniłem poduszki; noo, musiało mi się śnić, że ho, ho!

Żądam, żeby wieczory przez cały rok zaczynały się o 21.00. Nie tylko w lipcu.

2008-11-24

Palec pod budkę

Ludzie często szukają miejsca, w którym mogliby znaleźć ujście dla swoich rozważań. Rozważać nad jakimś problemem mogą ludzie z jednej strony zupełnie świadomie, ale z drugiej - świadomie-nie-do-końca. Czasem ma się na jakiś temat zdanie lub przynajmniej myśli się, że się je ma, a czasem bardzo chciałoby się je mieć, ale nie zawsze wiadomo, jakie to zdanie miałoby być lub, co gorsza - jeśli jest - jakie jest. Bardzo ważne jest więc to, żeby w porę swoje myśli zwerbalizować lub zmaterializować.

Wypowiedziane lub zapisane stają się ważne. Dopiero i tylko wtedy.

Ludzie szukają wciąż nowych sposobów na wyrażanie swoich myśli, nowych miejsc dla wygłaszania własnego zdania. Nawet jeśli, szukając, błądzą, krzepi ich nadzieja, że te ich myśli i zdania na coś się zdadzą. Nawet jeśli tylko na to, by ktoś je zapomniał; w końcu, by zapomnieć, ktoś najpierw musi je zapamiętać.


Ten przydługawy i dla wielu, być może, nudny wstęp jest tak naprawdę tylko próbą usprawiedliwienia się przed samym sobą, przed własnymi obawami związanymi z rozpoczęciem bloga. Czy słusznymi - się okaże. Jeśli ktoś dotarł do tego miejsca i czyta dalej... jest nadzieja. Jeśli nie... [...].